Takuhatsu dosłowne znaczy „bezwarunkowe zaufanie mnisiej misce”. Miska „oryoki” i mnisia szata „okesa”, to symbole buddha-dharmy – współzależnego wyłaniania. Dana paramita, której jedną z form jest takuhatsu, nie dotyczy jedynie materialnego wspierania, ale ogólnego nastawienia do życia. Bezwarunkowe ofiarowanie, czy też bezwarunkowe robienie, jest podstawą zazen shikantaza. Poniżej fragmenty tekstu Kōshō Uchiyamy zatytułowanego „Takuhatsu – śmiech i łzy” z książki „Poszukując drogi”. Zdjęcia w tekście przedstawiają Dōkō praktykującego takuhatsu w Japonii.
※
Na ulicach współczesnych miast Japonii nadal można spotkać mnichów zen ubranych w tradycyjne słomiane kapelusze „adzirogasa” i ręcznie plecione sandały „łaradzi”, którzy praktykują takuhatsu. Tradycyjne takuhatsu polegało na chodzeniu od domu do domu (dotyczyło to głównie wsi i małych miast), ale współcześnie w wielkich miastach jest to praktycznie niemożliwe i często zdarza się, że mnich stoi w jakimś ruchliwym miejscu, na przykład przy stacji metra czy kolei. Dawniej ofiary były głównie w formie jedzenia czy produktów spożywczych. Obecnie, przynajmniej w miastach, ofiary mają zwykle formę datków pieniężnych. W czasie takuhatsu mnich trzyma w swoich dłoniach miskę „oryoki”, do której ludzie składają datki, a kiedy staje się ona pełna przesypuje zawartość do płóciennej torby wiszącej na jego szyi, na której widnieje nazwa świątynii. To współczesne takuhatsu jest kontynuacją praktyki, która była wykonywana przez mnichów buddyjskich w całej Azji od czasów Buddhy Siakjamuniego.
Założeniem takuhatsu, jako praktyki buddha-dharmy, jest robieniem go w sposób bezwarunkowy, bez oczekiwania czegokolwiek. Jednakże w tamtych trudnych powojennych czasach, o których tu piszę, nie byłem w stanie do tego tak podchodzić. Wychodziłem na takuhatsu z nastawieniem, że muszę zebrać kwotę, dzięki której będę w stanie przeżyć. Poza tym, chciałem to robić jak najefektywniej, ponieważ poza takuhatsu miałem wiele innych zajęć związanych z prowadzeniem Antaiji. Szczególnie przed comiesięcznym sesshin prowadzonym przez mojego nauczyciela Kōdō Sawakiego byłem szczególnie zajęty.
Choć z pozoru takuhatsu wydaje się być jedynie chodzeniem po ulicach pokrzykując od czasu do czasu „ho”, to kiedy wychodzi się na takuhatsu, to tak naprawdę kładzie się na szali swoje życie. Jedna chwila nieuwagi i można być potrąconym przez przejeżdżający samochód. Co więcej, presja emocjonalna jest ogromna. Kiedy sprawny mężczyzna żebrze, wielu ludzi patrzy na niego z pogardą i politowaniem. Czasami wydawało mi się to trudniejsze aniżeli podjęcie jakiejkolwiek najniżej płatnej i zupełnie niedocenianej społecznie pracy. Pomimo tego wszystkiego, kwota jaką byłem w stanie zebrać, to było zupełne minimum do przetrwania. Antaiji nie miało żadnych innych dochodów poza takuhatsu, musiałem więc wychodzić na takuhatsu prawie codziennie. Nie upłynęło zatem zbyt wiele czasu, zanim wszyscy znali moją twarz. Mieszkańcy Kioto niezbyt chętnie zaakceptowali mnie jako kogoś, kto robi takuhatsu jako praktykę religijną. Antaiji nie było sławnym klasztorem, ale małą, nikomu nieznaną świątynią na obrzeżach Kioto. W porównaniu z mnichami ze sławnych klasztorów położonych w centrum Kioto, dla wielu ludzi byłem kimś anonimowym. W pewnym momencie stanąłem przed dylematem konieczności chodzenia prawie codziennie, a jednocześnie prawie nic nie trafiało do mojej miski. Pomimo tego, kontynuuowałem przekonując sam siebie, że ma to sens. Ta sytuacja trwała około roku aż w końcu wpadłem z tego powodu w depresję. Choć nie jestem zbyt dobry w egzekwowaniu swojej woli, to mam za to dużą cierpliwość i kiedy napotykam przeciwności, nie poddaję się zbyt łatwo. Dlatego kontynuowałem i pewnego dnia nastąpił przełom. Stojąc przed kolejnym domem, zdałem sobie nagle sprawę, że moja postawa uległa zmianie. Tylko stałem i patrzyłem bez lęku na tych, którzy wychodzili i mówili, że nic tym razem dla mnie nie mają. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, poczułem ulgę. Choć wiele osób nadal miało niechętne nastawienie do mnie, to nie było już we mnie tego ciężkiego odczucia w związku z tym. Wydało mi się nawet, że ludzie zaczęli być do mnie bardziej przyjaźniej nastawieni. Od tego momentu mieszkańcy Kioto zaczęli chętniej wrzucać pieniądze do mojej miski.
Robienie takuhatsu wiąże się z pewnego rodzaju wewnętrznym dyskomfortem. Dopóki nie jest się w stanie tego zaakceptować, to jest czymś naturalnym, że nie czuje się z tym najlepiej. Co więcej, musimy się pogodzić także z tym, że takie odczucie nigdy całkowicie nie znika. Jednakże wpadanie z tego powodu w depresję, to gruba przesada.

Jakkolwiek dziwnie to może zabrzmieć, to aby uwolnić się od mojej depresji, koniecznym było także uświadomienie sobie mojej społecznej misji, jako mnicha zen praktykującego takuhatsu. Zwykle w czasie takuhatsu robiłem sobie przerwę, aby zjeść bułkę na terenie jakiejś świątyni. Przylatywały wtedy gołębie, a ja dzieliłem się z nimi jej okruchami. Szczególnie w okresie mojej depresji obserwowanie, jak dziobią to co im rzuciłem, podnosiło mnie na duchu. W pewnym momencie zacząłem kupować dodatkową bułkę, żeby podzielić się nią z gołębiami. Pewnego dnia, kiedy je tak karmiłem uświadomiłem sobie, że ja też jestem takim gołębiem. Ludzie mają naturalny odruch, że kiedy pojawiają się gołębie, to je karmią. W ten sam sposób, jeśli pojawia się mnich, wrzucasz mu jena albo dwa do miski, tak jak okruchy ptakom. W Kioto na terenie świątyń jest zawsze dużo gołębi i zwykle są one bardzo natarczywe. Jeśli wyglądasz na kogoś, kto chce im coś dać, potrafią wejść na twoje ręce, a nawet próbować zabierać to, co sam jesz. Kiedy zaczynały się tak zachowywać, traciłem ochotę na ich karmienie. W jednej ze świątyń, która nazywa się Tōji, gdzie często się posilałem, były jednak inne. Podchodziły tylko na pewną odległość, a kiedy rzucałem im okruchy zbliżały się tylko na chwilę, żeby je wziąć i szybko wracały na poprzednie miejsce. Ta powściągliwość z ich strony była naprawdę urocza. Postanowiłem, że będę jak gołębie z Tōji i zacząłem odgrywać swoją rolę z zadowoleniem i lekkością, współtworząc klimat tego miasta. Dzięki temu mój sposób robienia takuhatsu stał się mniej natarczywy i przestałem myśleć o tym, ile muszę zebrać. Chodziłem od domu do domu, tak szybko i lekko, jak tylko byłem w stanie. Zanim się obejrzałem, ludzie przywykli do mojego nowego stylu i zaczęli chętniej wkładać pieniądze do mojej miski. Czasem przechodząc obok sklepu zauważałem, że właściciel rozmawia przez telefon i wtedy nie zatrzymywałem się. Ku mojemu zaskoczeniu, często kiedy kończył rozmawiać, gonił za mną, żeby złożyć datek. Jak mógłbym nie być wdzięczny, kiedy ludzie robili takie rzeczy.
Pewnego razu, kiedy wracałem pociągiem po całym dniu chodzenia w okresie kwitnienia wiśni, pociąg był bardzo zatłoczony. Stałem trzymając się jedną ręką za poręcz, a w drugiej miałem książkę. Nagle mężczyzna wyglądający na pijanego zawołał mnie, że obok niego jest wolne miejsce. Ponieważ wydał mi się mocno pijany, początkowo chciałem go zignorować, ale ponieważ byłem bardzo zmęczony, to w końcu usiadłem obok niego. Zagadywał mnie, ale nie zwracałem na niego uwagi, próbując czytać. Chciał zobaczyć, co czytam, ale nie był za bardzo w stanie i na chwilę zamilkł. W pewnym momencie odezwał się zupełnie trzeźwym głosem: “Praktykujesz takuhatsu, gdy wszyscy jedynie podziwiają kwitnące kwiaty. Jestem kowalem i czasem, kiedy słychać okrzyk mnicha przechodzącego oboko mojego warsztatu, który robi takuhatsu, moja córeczka prosi mnie 'tatusiu daj mi jakiś pieniążek’. Szybko szukam jena, dwa albo trzy, a ona biegnie, żeby włożyć je do miski tego mnicha. W odpowiedzi on bardzo grzecznie i nisko się kłania. Za dwa lub trzy jeny nie ma potrzeby aż tak nisko się kłaniać. W każdym razie, ty teraz praktykujesz takuhatsu, a wszyscy wielcy mnisi zen w dawnych czasach, tacy jak Ikkyu, żyli z takuhatsu. Jeśli będziemy kontynuować wspieranie takich jak ty, nawet jeśli nas na to za bardzo nie stać, to na pewno kiedyś pojawi ktoś kalibru Ikkyu. Jestem o tym przekonany.” Zamknąłem książkę i spojrzałem prosto w jego oczy. Nie było w nich w tamtej chwili żadnego odurzenia i patrzył na mnie zupełnie trzeźwo. W wielu częściach Kioto są nadal ludzie, którzy tak myślą.

W tym samym czasie wyklarowało się we mnie rozumienie tego, czym jest prawdziwe szczęście. Generalnie, jako ktoś próbujący prowadzić życie religijne, polegające na bezpośrednim konfrontowaniu się z tym, co się pojawia bez rozróżniania na szczęście i nieszczęście, niezbyt chętnie zajmuję się tym, co nazywane jest przeznaczeniem lub losem. Zwykle próbując robić coś, co wykracza poza nasze naturalne możliwości, kończy się to porażką i przesadnym rozwodzeniem nad sobą. Wydaje się, że nigdy nie możemy się uspokoić. Jednakże osiadając w nieporuszonym umyśle, jako swojej duchowej praktyce, przestaje się być niepokojonym przez szczęście i nieszczęście w takim relatywnym rozumieniu. Ktoś praktykujący zazen, musi praktykować z nastawieniem: „każdy dzień jest dobrym dniem” i „wszystko jest w porządku, bez względu na to, co się wydarza”. Jednakże pomimo tego, nie powinniśmy rezygnować z czynienia wysiłku dokonywania najlepszych możliwych wyborów. Jeśli prowadzisz samochód i masz do wyboru pozostanie na swoim pasie, ponieważ jest to zgodne z przepisami lub zjechanie na przeciwny pas, aby uniknąć zderzenia z nadjeżdżającym z naprzeciwka innym samochodem, to pomimo, że jedzie on niezgodnie z przepisami, oczywistym wyborem jest zjechanie z drogi w celu uniknięcia tragedii. Kiedy chodziłem na takuhatsu, mogłem to robić z podejściem zupełnego ignorowania tego, czy ktoś coś mi wrzuci, czy też nie. Jednak, ponieważ moje życie zależało od tego i chciałem to robić możliwie, jak najbardziej wydajnie, abym mieć też czas na pracę w świątyni, zazen i studiowanie dharmy, to naturalnie wybierałem trasę, która z dużym prawdopodobieństwem przyniesie szczodre datki. Prawdziwe znaczenie wyrażenia „nie ma znaczenia, na co trafię” nie neguje jednoczesnego względnego rozumienia pomyślności. Kiedy przydarzy mi się pomyślna okoliczność, to jest to moja wielka radość, a kiedy spotkam nieszczęście, wtedy to także jest moją rzeczywistością tej chwili. Będąc szczęśliwym i uśmiechniętym, jak też smutnym i przygnębionym „każdy dzień jest dobrym dniem”. Wielu ludzi wyobraża sobie „przebudzenie” jako coś, co sprawi, że ich całe życie będzie jednym wielkim pasmem radości, a cały smutek zniknie i będą żyć w jakiejś ekstazie. Takie coś, to nic więcej, jak fantazja. Przeżywając życie w prawdziwej rzeczywistości, w której doświadczamy nieprzerwanie nietrwałości, na przemian chwil radosnych i smutnych, musimy osadzać się w miejscu wykraczającym poza relatywność. Jednakże prawdziwa duchowość nie neguje naszego względnego, codziennego świata. Nie jest to zręczne prześlizgiwanie się nad tym, co jest, czy udawania bycia szczęśliwym. Wręcz przeciwnie, prawdziwie religijne nauki są w stanie pokazać nam, jak możemy płynąć na tej właśnie fali naszego życia, w tej właśnie chwili. Raz tą falą jest śmiech, a innym razem łzy, czasem pomyślności, a kiedy indziej przeciwności. Studiowanie i praktykowanie buddha-dharmy nie jest czymś, co robi się tylko wtedy, kiedy ma się zapewnione środki do życia, czy też praktykowaniem zazen jedynie w sprzyjających okolicznościach, kiedy czujemy się „dobrze”. Byłem zmuszony, aby poszukiwać tego, czym jest praktyka wtedy, kiedy nie różniłem się zbytnio od bezdomnego psa, będąc stale pełen niepokoju o to, czy będę w stanie w ogóle utrzymać się przy życiu i będąc zmuszonym zadowalać się resztkami. Tak długo, jak żyjemy, zawsze będą zdarzać się nam rzeczy zarówno pomyślne, jak i niepomyślne. Nieuchronnie będziemy przechodzić okresy załamania. Zanim moja depresja nie zniknęła, często były dni, kiedy jedna osoba za drugą odganiały mnie mówiąc, żebym sobie poszedł. Czasami tak mnie to przygniatało, że przerywałem takuhatsu. Z czasem jednak odkryłem, że nawet jeśli miałem zły początek, zamiast wpadać z tego powodu w depresję, mówiłem sobie, że to tylko chwilowe. Stopniowo mój stan psychiczny się poprawiał i w końcu sytuacja zewnętrzna też się zmieniała. Z kolei, kiedy poranek był udany, musiałem uważać, ponieważ rozluźniając się i myśląc, jaki to miałem wspaniały poranek, nie trwało to zbyt długo. Taka nieszczera postawa jest wyczuwalna przez ludzi i ostatecznie kończyłem taki dzień poniżej przeciętnej. Kiedy jednak spojrzysz na rzeczy z perspektywy „wieczności”, wtedy nie ma czegoś takiego, jak szczęście. Jeśli spoczniemy w nastawieniu, że bez względu na to, w którą stronę potoczy się to życie, będziemy wdzięczni, to w trakcie całodniowego chodzenia będziemy mogli poczuć różnorodną fakturę życia – szczęścia, nieszczęścia, radości i smutku. Jeżeli popatrzymy na rodzaj ludzki z perspektywy nieskończoności, to ta istota nazywana człowiekiem jest niczym więcej jak jednym ze stworzeń, które nagle się pojawiło we wszechświecie i kiedyś równie nagle zniknie bez śladu. Pojedynczy dzień w życiu tego maleńkiego gatunku jest jedynie jedną niewielką radością i jedną malutką goryczą. Bez nastawienia, że oba są w porządku, skończymy znerwicowani. Jednakże pomimo tego, że z jednej strony zawsze wszystko jest w porządku, bez względu na to, co ci się przydarza, to jednocześnie jeżeli nie podejdziesz do swoich działań w praktyczny sposób, skończysz jak głupiec. Podążanie środkową drogą pomiędzy nerwicą a głupotą jest dokładnie tym, o czym jest takuhatsu.

Dobrą rzeczą odnośnie takuhatsu jest to, że nic nie jest przenoszone na kolejny dzień. Nie ma kredytów, długów, czeków bez pokrycia, generalnie rzeczy, z powodu których ktoś mógłby nas ścigać. Najgorsza rzecz, jaka może się zdarzyć to to, że ktoś krzyknie, żebyś sobie poszedł. Przez chwilę nie czujesz się z tym za dobrze, ale na kolejnej ulicy, kiedy pojawia się matka z dzieckiem na ręku, które z uśmiechem wrzuca monetę do miski, znowu czujesz się lepiej. Albo jakaś starsza kobieta kłania się grzecznie i po złożeniu datku stoi z szacunkiem z rękoma w gassho, kiedy recytujesz wiersz dana paramity i potem ponownie się kłania. Czujesz wtedy, jak jesteś niemal otulony energią wzajemnego szacunku, a pieniądze, które taka osoba włożyła do miski wydają się tak cenne, że chcesz ją przytulić. Choć, podejrzewam, że takie odczucia, to jedynie jeszcze jeden nieuchronny przejaw ludzkich emocji. W każdym razie, żadna z tych rzeczy nie jest przenoszona na kolejny dzień. W rzeczywistości, to nic nie jest przenoszone nawet do następnej chwili. Mimo to, zawsze modlę się o to, abyśmy w czasie tego naszego krótkiego życia, potrafili w każdej chwili przenosić troskę o siebie nawzajem.
Większość historii, które tu przywołałem, nie brzmiała zbyt „duchowo”. Chciałem więc zakończyć w bardziej poważnym tonie, wyjaśniając dlaczego według mnie praktykowanie takuhatsu jest ważne dla kogoś, kto decyduje się na życie według prawdziwie duchowych zasad.
W czasie tych wszystkich lat, wychodząc na takuhatsu, zawsze pojawiało się to podstawowe pytanie: jaki jest jego sens? Jak już powiedziałem wcześniej, w ostatecznym rozrachunku takuhatsu jest po prostu zbieraniem datków, albo bardziej dosadnie żebraniem. W zamian za datek nie ma żadnego towaru, produktu czy podarunku. A więc jest to jedynie chodzenie i przyjmowanie ofiar. Dlatego też, jeśli nie jestem w stanie całkowicie zaakceptować siebie jako żebraka, to będę emocjonalnie cierpiał. Wiele razy myślałem, że byłoby mi o wiele łatwiej, jeśli miałbym coś na wymianę, jak ci sprzedawcy chodzący od drzwi do drzwi. Szczególnie było to silne w okresie, kiedy przechodziłem neurozę dotyczącą tej sprawy. Często rozważałem porzucenie takuhatsu i podjęcie jakiejś pracy. Z drugiej jednak strony, myślałem o tych wszystkich ludziach w historii buddyzmu, poczynając od Siakjamuniego, którzy żyli z takuhatsu. Pomyślałem, że musi być jakiś silny związek pomiędzy takuhatsu a religią, którego mogłem nie być dotychczas świadomy. Jeśli jest jakiś głęboki powód, dla którego ktoś aspirujący do religijnego życia, musi praktykować takuhatsu, czym on jest? Rozmyślając w taki sposób minęło mi dziesięć lat i pod koniec tego okresu przeczytałem książkę Roberta Jungka „Jaśniej niż tysiąc słońc”. Któż mógłby o tym zapomnieć? Był 1945 rok, kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy o skutkach wybuchu bomby atomowej w Hiroshimie i Nagasaki. Nikt nie mógł sobie wyobrazić, co to za istoty stworzyły taką diabelską broń. Sam myślałem, że to musi być dzieło jakiegoś demona zupełnie pozbawionego uczuć. Ta książka „Jaśniej niż tysiąc słońc” jasno pokazuje, co to były za „demony”. Nie była to jakaś specjalna rasa, ale nikt inny jak awangarda nauki – fizycy nuklearni. Jak ci ludzie mogli stworzyć tak straszliwą broń, która może doprowadzić do całkowitego unicestwienia życia na ziemi? Co więcej, nie tylko stworzyli bombę atomową, ale również bombę wodorową. Książka ta jest dziennikiem, który rekonstruuje historię tych zdarzeń. Już jej nie mam, ale jeśli pamięć mnie nie myli, sedno tej historii wyglądało mniej więcej tak. Na początku dwudziestego wieku fizyka atomowa dopiero się rozpoczęła. Naukowcy z Anglii, Stanów Zjednoczonych, Francji, Niemiec, Rosji, Japonii i kilku innych krajów, zebrali się na uniwersytecie w Niemczech pracując nad badaniami w dziedzinie fizyki. W latach dwudziestych nastąpił szybki postęp w fizyce atomowej i małe laboratorium powiększyło się. W tym czasie źródłem finansowania tych eksperymentów były głównie prywatne darowizny. W latach trzydziestych poczyniono dalsze postępy, ale prywatne fundusze okazały się niewystarczające na pokrycie rosnących kosztów. W związku z tym większość tych naukowców wróciło do swoich krajów i kontynuowało swoje badania, które były finansowane przez rządy tych państw. W jednym z tych laboratoriów, doszło do wycieku tajnych informacji i jednocześnie rządy zaczęły szpiegować naukowców z innych krajów. Mniej więcej w okresie wybuchu II Wojny Światowej, naukowcy z różnych krajów prawie jednoczesnie zdali sobie sprawę, że można skonstruować bombę działająca w oparciu o fuzję nuklearną. Amerykanom jako pierwszym udało się ją skonstruować i w wyniku tego zrzucili bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. Straszliwe rezultaty wywołane tymi wybuchami obudziły sumienia tych naukowców i chcieli oni zaprzestać dalszych badań, prosząc jednocześnie o pozwolenie im na powrót do laboratoriów w swoich macierzystych uniwersytetach. Amerykański rząd pozwolił im powrócić do swoich laboratoriów, a jednocześnie zabronił uniwersytetom zatrudniać ich. Ponieważ departamenty fizyki i inżynierii na tych uniwersytetach były finansowane przez rząd, uniwersytety były zmuszone do wypełnienia poleceń rządowych. W związku z tym wszyscy naukowcy nie zostali z powrotem przyjęci do pracy na uniwersytetach i zostali w ten sposób zmuszeni, aby wrócić do rządowych placówek i kontynuować prace nad bronią atomową. Kontynuowali swoje badania po zakończeniu wojny i w konsekwencji stworzyli jeszcze straszniejszą bombę wodorową.
Czytając tę książkę, nie mogłem powstrzymać się od refleksji nad słabością ludzi w obliczu pieniędzy. Wtedy też zdałem sobie sprawę z konieczności praktykowania takuhatsu przez kogoś chcącego żyć w prawdziwie religijny sposób. Kiedy otrzymujesz pieniądze od określonej osoby, jesteś w pewnym sensie zobligowany do kłaniania się tej osobie i jej pieniądzom. Oczywiście będąc na takuhatsu także mogę skłaniać głowę setki, a może nawet tysiące razy. Jednakże nie kłaniam się pieniądzom, ani nie muszę korzyć się przed darczyńcami. Przez te wszystkie lata, kiedy byłem w Antaiji, zawsze podążałem za radą mojego nauczyciela Kōdō Sawakiego i nigdy nie prosiłem nikogo o pieniądze. W tym sensie nie należę do nikogo. Jako że Antaiji jest klasztorem, to bez względu na to, jak duża czy mała była darowizna, zawsze byłem za nią wdzięczny. Ponieważ o nic nikogo nie prosiłem, ani od nikogo nie wymagałem, nie różniło się to od ofiary otrzymanej do mojej miski w czasie takuhatsu. Dlatego też, nie musiałem kłaniać się przed pieniędzmi i ani ich darczyńcą.
Zawsze próbowałem żyć podług „duchowych zasad”, ale nie jestem kimś, kogo można by nazwać stereotypowym „człowiekiem religii”. Powodem tego jest moje życie, które było oparte całkowicie o takuhatsu. Dlatego jeśli zamierzasz żyć prawdziwie duchowym życiem, to musisz nauczyć się nie kłaniać mamonie i nie obawiać się bycia biednym, ani też życia na minimum, polegając bezwarunkowo na takuhatsu.

