Wolność od czy wolność do

Na początek chcę przytoczyć słowa Roshiego Kodo Sawaki: „Cokolwiek mówię innym, kieruję to także do siebie. Moje mowy są przypominaniem sobie samemu, co jest ważne.”
Ten blog jest właśnie czymś takim, przypominaniem także sobie o tym, nad czym ja sam nadal praktykuję. Nie chcę być zrozumiany jedynie jako głos mówiący innym, co jest „właściwe”. Mając to na uwadze zapraszam do lektury mojego kolejnego wpisu. 
W buddyzmie mówi się o wyzwoleniu, ale jest to specyficzny rodzaj wyzwolenia czy wolności. Zwykle rozumienie wolności, to wolność od czegoś, robienie tego, co chcę. W buddyzmie wyzwolenie to wolność do. Oznacza to kultywowanie szerokiego umysłu, tak żeby zawrzeć jak najwięcej.  Mogę być tym lub tamtym, robić coś w taki lub inny sposób. Oczywiście personalne preferencje są nieuniknione, ale ważne jest, żeby nie przeradzały się one w żądania. Rozumiem preferencję jako coś bardziej płynnego, chwilowy wybór czy osobisty smak, ale zawsze podatny na modyfikacje w zależności od sytuacji. Natomiast kiedy preferencja staje się żądaniem, które nie jest zaspokojone, rodzi to albo gniew, albo depresję, w zależności od czyjejś konstrukcji psychicznej. Często także tak zwani „dobrzy” ludzie wpadają w tę pułapkę.  Na przykład walczą o pokój, albo przeciwstawiają się robieniu czegoś w jakiś szczególny sposób, na przykład byciu częścią „tradycji”, którą widzą jedynie jako konserwatyzm. Jednakże ich wolność od konserwatywnej sztywności, przejawia się w agresywny, osądzający sposób i tak naprawdę bardzo sztywny. Kiedy to przeanalizujemy zobaczymy, że niczym się nie różnią od tych, przeciw którym protestują czy występują. Dzieje się tak najczęściej, kiedy tego typu działanie wychodzi z głowy, myśli, idei, np. idei czynienia dobra, wyobrażenia bycia „jednym”, wiedzenia lepiej, co jest dla kogoś właściwe itp.
W kontraście kiedy działanie wypływa spontanicznie ze współbycia, współodczuwania, niewiedzenia, ma ono inną jakość.
Nie jest to łatwa sprawa i wszyscy mogą tu powiedzieć „nadal praktykuję”, także nauczyciele. Jeśli ktoś wyobraża sobie, że wielcy czy znani mistrzowie już nie muszą praktykować, tylko „nauczają”, to jest to mrzonka. Jak pokazało życie bardzo niebezpieczna. Trzeba mieć świadomość, że dla większości ludzi współbycie i współodczuwanie jedynie w obrębie swojego własnego ciała i psychiki jest pracą na całe życie. Co więcej, wielu ludzi zapomina, że praktyka zazen nie jest „medytowaniem” nad jakimś abstrakcyjnym umysłem, ale jest praktykowaniem ciałem. Ciało-i-umysł to jedność. Nasza psychika wyraża się poprzez naszą fizyczność i odwrotnie. Kiedy mistrz zen pyta „co to jest umysł”, musisz być w stanie zademonstrować go fizycznie poprzez to, czym jesteś tu i teraz.

W moim rozumieniu jedną z najważniejszych rzeczy w praktyce zen, jest bycie elastycznym. Dla przykładu w swoich instrukcjach do zazen Dogen Zenji podał jedynie jeden sposób siedzenia w pół i pełnym lotosie z lewą stopą i lewą dłonią na wierzchu. Co niektórzy tradycjonaliści sztywno trzymają się tej zasady pomimo tego, że na dłuższą metę, nie jest to ani zdrowe zarówno dla kolan, jak i dla kręgosłupa, ani pomocne w praktyce. Zazen nigdy nie powinno być ascezą. Ponieważ ciało i umysł nie są dwoma, postawa powinna wyrażać ten szeroki, elastyczny umysł. Według opinii Roshiego Sawaki i Roshiego Uchiyamy, a także mojego doświadczenia, dobrze jest siedzieć raz na jedną, raz na drugą stronę, jeśli siedzimy w postawie skrzyżnej (włączając w to także siad birmański). Również dobrze jest także zmieniać układ dłoni w mudrze, kładąc raz jedną dłoń na wierzchu, a na kolejnej rundzie odwrotnie. Kiedy prześledzimy te rzeczy historycznie, to zmieniały się one w zależności od kultury i kraju, w jakim je praktykowano. W Indiach były inne wierzenia i zasady, w Chinach uległo to zmianie i dopasowaniu do lokalnych wierzeń i zwyczajów. Podobnie jest z innymi aspektami praktyki.
Oczywiście dobrze jest dostosować się do zasad miejsca, w którym aktualnie praktykujemy, być w harmonii, zamiast upierać się przy swoim personalnym sposobie robienia czegoś i nie wpadać w postawę „jedynej słusznej drogi” z obu stron. Dla wielu ludzi praktyka „bez rytuałów” czy jakaś forma zreformowanej, uzachodnionej praktyki, jest tak samo sztywna, jak kogoś, kto podąża za bardzo tradycyjną formą, która wydaje się być wyrazem konserwatyzmu i nie przystawać do zachodnich realiów. Jednakże, podstawą buddha-dharmy jest współzależność wszystkiego, jedność pośród różnorodności. Nie chodzi o to, żeby wszyscy myśleli jak ja i robili to samo, ale żeby współistnieć ze wszystkim, takim jakie jest. Jest to jedna z najtrudniejszych praktyk dla ludzi i niestety rozglądając się wkoło rzadko kultywowana, nawet wśród tak zwanych „praktykujących dharmę”. Warto uświadomić sobie, że praktyka zen nie jest gonieniem za czymś ani uciekaniem przed czymś. To wolność do -różnorodność pośród jedności i jedność pośród różnorodności.

  •  
  •